O Autorce Aktualności Galeria Linki Kontakt

Książki


Niezwykłe wakacje

Koniec roku szkolnego już blisko. Wszystko wskazuje na to, że lato będzie całkiem zwyczajne. Piątka przyjaciół zamierza spędzić wakacje w swoim miasteczku. Czy nudne łowienie ryb w pobliskiej rzece może być początkiem fantastycznych wydarzeń? Bohaterowie przeżywają niesamowite przygody, odbywają przedziwne podróże w czasie i przestrzeni, są świadkami niecodziennych wypadków, poznają tajemnicę sprzed wieków...

ROZDZIAŁ 14

- Brr - wzdrygnęła się Agnieszka. - To było raczej nieprzyjemne - wzdrygnęła się ponownie i wcale nie kwapiła się do puszczenia mojej dłoni.
      Było ciepło i, o ile mogłam dostrzec, zupełnie inaczej. Rzeczki nie widziałam ani nigdzie nie słyszałam jej pluskania. Ze wszystkich stron otaczały nas wysokie potężne drzewa.
- Tu nie ma naszej rzeki! - półgłosem podzieliłam się spostrzeżeniem z resztą i przysunęłam się do nich.
- Pewnie, że nie ma - odpowiedział zduszonym głosem Krzysiek. - Nie słyszałaś, że często zmienia swe koryto? Chciałem również zauważyć, że pora też się zmieniła... Jest chyba jesień - powiedział z miną znawcy.
- Mówiłam, że zimno - przypomniała Aga.
- A, który to ten nasz dąb? - zapytał niepewnie Michał, błyskając latarką po drzewach.
- Nie wiem, nie widzę - mrukną Kajtek, ale zaraz tajemniczo psyknął i szepnął - Ktoś tu idzie... albo coś.
- Niedźwiedź! - pisnęła Agnieszka. - Wtedy były niedźwiedzie. I wilki.
- Cicho nurkujemy tutaj - Michał wskazał na zarośla, które rosły za nami i zgasił latarkę.
      Zaszyliśmy się po czubki głów, trzęsąc się z zimna i ze strachu. W szumie lasu można było wychwycić jeszcze jeden dźwięk, coś jakby powolne kroki. Słychać było trzeszczenie gałązek i szuranie zeschłych liści. Chwyciłam mocniej Agnieszkę za rękę i zamarłam w oczekiwaniu. Nie tylko ja. Prawie przestaliśmy z wrażenia oddychać. Kroki słychać było coraz wyraźniej... Ujrzeliśmy dwóch mężczyzn.
      Każdy z nich trzymał pochodnie, a ten, który szedł jako drugi, niósł jakieś niewielkie zawiniątko. Wytężyłam wzrok i rozpoznałam skrzyneczkę... Naszą skrzyneczkę z dębu!
      Mężczyźni nie wyglądali na młodych. Ich twarze zdobiły sumiaste wąsy. Ubrani byli tak jak na starych obrazach, z tym że strój młodszego był jednak bogatszy i bardziej wytworny.
- Przytrzymaj obie pochodnie - powiedział młodszy przystając niedaleko od naszej kryjówki.
- Oj, panie, a po co my tu przyszlim? - zagderał starszy odbierając posłusznie pochodnię. - We dworze ciepło, piwo grzane, a tu... - wzruszył ramionami - jeno drzewa, wiater i noc.
- Oj stary, stary - westchnął z kolei młodszy - jakby nie to, żeś ty mój konfident, trza by cię było do porządku przywołać.
- A prawda - zgodził się stary. - Jeno, że nie zrobicie tego, panie - zachichotał.
- Trzymaj! - powiedział stanowczo młodszy i schylił się do szkatułki, którą postawił na ziemi. Otworzył ją, błysnęły okucia. Następnie wyjął znany nam woreczek, a z niego zawinięty w rulon papier.
- A tera co znowu? - zapytał zdumiony stary i przysunął się o krok do swojego pana
- Cisza! - huknął młodszy, a w świetle pochodni zobaczyłam, że walczy z uśmiechem. - Toż ty rozpuściłeś się jak dziadowski bicz... Świeć.
      Pod drzewami zapanowała cisza przerywana jedynie ciężkimi westchnięciami sługi. I zaraz szlachcic zaczął głośno i wyraźnie czytać:


Ja, Kacper Krakowski, stojąc już u krańca mego grzesznego żywota na tym świecie, poczyniłem odpowiedni testament moją ostatnią wolę zawierający i rozporządzający moimi dobrami wszystkimi, a kartelusz ów, o którem wiem, że dla specjalnych osób przeznaczon, w owej skrzyneczce do dziupli składam... - Kacper przerwał, chrząknął, popatrzył na zastygłego w bezruchu sługę, uśmiechnął się smutno do niego i powrócił do czytania:
- Jakem wspomniał w testamencie, o nożu owym, któren wspaniałe właściwości miał, a któren jak wierzę, jeno z Woli Bożej był w moim posiadaniu, po długim deliberowaniu poczyniłem z nim pewną inwencyję i tera chcę to jasno w onym karteluszu wyłożyć. Umyśliłem sobie coby w miarę moich skromnych talentów przebadać ów andżar. Dzięki pomocy Boskiej powiodło się i odkryłem, że to nie nóż, a jeno kamuszek niebieski, co w rękojeści cudownej roboty siedział, moc tajemną posiadał i andżar bez owego kamuszka niebieskiego owych cudów nie czynił. Dziwny to był kamuszek, ni to szkło, ni to kamień, jakowyś nieznany, rzadkiej materyi, a cieszący oko... - Kacper przerwał czytanie dla nabrania oddechu, a my popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem
- Pierwej to postponowałem, lubo gdy lat i rozumu przybyło, rozważyłem raz jeszcze, że człek opuścić musi ten ziemski padół ni syna, ni córki na nim  nie ostawiając... - Szlachcic ciężko westchnął, a sługa pokiwał głową i chyba chciał coś powiedzieć, ale pan spojrzał tak na niego, że tylko poprzestał na monotonnym kiwnięciu głową. - W testamencie rzekłem, jak naprawdę rzecz się miała z czarami moimi, nazywanymi przez innych konszachtami diabelskimi i coby moje imię pozostało czyste, na poparcie moich słów prawdziwości musiałem ostawić nóż, com nigdym się z nim nie rozstawał, a co wszyscy wiedzieli. Nikogo godnego owych właściwości cudownych nie znałem i dlategoż mały podstęp uczyniłem. W związku z zamysłem moim do złotnika najlepszego w kraju pojechałem, któren był mi polecony przez zacnych mych przyjaciół onegdaj poznanych na królewskim dworze, i zamówiłem kamień, któren wsadzon został w miejsce owego czarodziejskiego...
      Potem było jeszcze parę zdań, ale nie zrozumiałam, bo służący zaniósł się kaszlem.
- Nóż ze zmienionym kamuszkiem ostawię swym spadkobiercą, a kamień czarodziejski z owym karteluszem, co wszystko wyjaśnia do dziupli tego dębu wiekowego skrywam - Kacper podniósł w jednej ręce kartelusz, a w drugiej...
      Oblałam się zimnym potem. Ręka, w której trzymałam kamień była pusta!!! Nie mogłam wymówić ani słowa i dopiero po dłuższej chwili szepnęłam:
- Nie mam kamienia.
- Zgubiłaś? - zapytał szybko Krzyś.
- Nie! - szeptałam. - On zniknął... Ma go Kacper - zaczęłam płakać.
- Co ty opowiadasz za bzdury? - zdenerwował się Krzysiek. - Po prostu zgubiłaś kamyk... Musimy szukać.
- Kacper ma coś kamieniopodobnego w ręce... - powiedział z namysłem Kajtek, wpatrując się w mężczyzn.
- Bzdura. Bzdura - powtórzył twardo Krzysiek.
- Nie zgubiłam - wychlipałam - na pewno nie zgubiłam, on po prostu... zniknął.
- Zostaniemy tu teraz do końca życia - odezwał się naraz przerażająco spokojnym głosem Michał.
- Nie, nie! - krzyknęła histerycznie Agnieszka i złapała się za głowę. - Ja chcę do domu!
     Mężczyźni stojący pod dębem popatrzyli w stronę naszych zarośli. Służący ze zdumieniem, a jakby z leciutkim uśmiechem. Kacper powolnym ruchem wyciągną przed siebie kamień... i znowu owiał nas chłód.


 Najnowsze komentarze czytelników Dodaj komentarz 
  Jeszcze raz I \
 I \"c\" z Żabna /1-11-2010 17:14:48/  Droga Pani Beato! Ja też mam na imię Beata. Piszę to w imieniu całej klasy. Jesteśmy bardzo podekscytowani [...]
  wrażenia
 Uczniowie I c z Gimnazjum w Żabnie /20-10-2010 14:28:54/  Książka bardzo interesująca, szybko, łatwo i przyjemnie się ją czyta. Wciąga jak odkurzacz.
  wrażenia
 Klasa I c - z Gimnazjum w Żabnie /19-10-2010 12:17:15/  Książka interesująca, pobudza wyobraźnię. Szybko się ją czyta, wciąga jak odkurzacz.
 Zobacz wszystkie komentarze [19]



"Literatura" 2004



"Literatura" 2002



"Iskry" 1995, 1996, 1999



"Literatura" 2010