Zjeść żabę

Nasza Księgarnia 2010

Literatura 2018

Okupowaliśmy miejsca pod parasolami, obok knajpy, na polu namiotowym. Byłam tu po raz pierwszy. Trwała osiemnastka Ukrainy – kumpla Kondziu albo Gondziu. Z piwem, drinkami, papierosami, niewybrednymi żartami i salwami śmiechu.
Wiktoria siedziała obok Grześka. O czymś zażarcie dyskutowali. Ona gęsto gestykulowała, on też kilkakrotnie zamachałam rękami. Co jakiś czas dostawali napadów śmiechu.
Ja tkwiłam wciśnięta między ścianę i Loku. Czułam jego ramię, jego udo. Dobrze mi się tak siedziało. Chwilami było nawet tak ciasno, że brakowało miejsca dla Kamila.
Dzisiejsza lekcja poszła mi całkiem, całkiem. Sama z siebie byłam zadowolona. Aż się zdziwiłam, że sprawiło mi to tyle autentycznej radochy. Stawianie żagla, wdrapywanie się na deskę, holowanie jej, nawet dziwne uczucie, gdy na bosaka łaziłam po dnie zatoki, cieszyło mnie na tyle, że w ogóle nie przejmowałam się tym, co ktoś sobie o mnie myśli. Dawno tak się nie czułam. Właściwie nigdy. Niezwykła sprawa. Chciałabym kiedyś jeszcze móc podobnie odczuwać.
– Julka? – Loku klepnął mnie w łokieć.
– No?
– Nic nie mówisz.
– Jakoś tak.
– W ogóle dziś jesteś małomówna – zauważył.
– Tak jakoś. A wiesz co? – przypomniałam sobie. – Chciałam ci podziękować.
– Za co?
– No… że mnie uczyłeś…
– Że ci poświęciłem swój czas – powiedział z powagą.
– Właśnie. Kpisz ze mnie? – spytałam po dłuższej chwili.
– Pewnie – parsknął śmiechem i sięgnął po piwo.
– Super – wymruczałam. Chciałam dobrze, a zrobiłam z siebie idiotkę.
Wsadziłam rękę do kieszeni bluzy. Miałam w niej bransoletkę z muliny. Skończyłam wczoraj i planowałam ją dać Loku, dobrze, że tego nie zrobiłam. Wyśmiałby mnie aż pod gwiazdy.
Loku sięgnął po paluszki, podał mi kilka. Chrupałam, patrzyłam na ludzi siedzących obok. Fajni byli. Fajnie, że tu przyszłam. Loku znowu coś do mnie mówił, chyba o coś pytał.
– Sorry, nie słuchałam, zamyśliłam się – powiedziałam prosto z mostu. – Powtórz.
– A ja ci dziękuję, że ze mną pływałaś.
– Znowu kpisz?
– Teraz nie. – Uśmiechnął się i pokręcił głową, aż zachybotały loczki. – Teraz to było na poważnie. Przyjemnie było.
Zaczerwieniałam się i szybko opuściłam głowę.
– Ale jutro też pływamy, co? Wicemisdeska? – zarechotał.
– Mhm – kiwnęłam głową.
– Podobało ci się?
– Bardzo – powiedziałam z przejęciem.
– Też tak mi się wydawało.
– A zrobisz mi zdjęcie? Na desce?
– Pewnie, Wicemisdeska. Całą serię. Mam wypasioną komórkę.
– Jedno wystarczy – mruknęłam. Będę mogła pokazać je Kamilowi. Ewentualnie.
– Podobało ci się, co? – przysunął w moją stronę plastikową miseczkę z solonymi orzeszkami. Ukraina szalał. Zamówił jeszcze paluszki, dwa talerze opiekanych ziemniaków i kolejne puszki z piwem.
– Oj, już mówiłam – zdenerwowałam się.
– Słuchaj, Wicemisdeska…
– Loku, przestań. Całe popołudnie mieliście ze mnie ubaw – prychnęłam. – Całe „Funsport”.
Zaśmiał się.
– A co, dziwisz się? Na naszym miejscu też byś polewała.
– Chyba tak – przyznałam szczerze.
„Funsport”, Chałupy, pani Martyna, Wiktoria.
Teraz ten tłum pod parasolami, Loku, Ukraina. Pole namiotowe, które mimo później pory żyło na full. Oświetlone namioty, kempingi, domki, wszechobecny zapach grillowanych kiełbas, śmiechy, śpiewy, rozmowy.
Była w tym wszystkim jakaś magia.
I tym wszystkim poczułam się naraz bardzo samotnie.
W całej tej obcości jedynie Kamil, który ostatnio zachowywał się jak nie-Kamil, był mi najbliższy. Chciałam z nim porozmawiać. Przynajmniej usłyszeć jego głos.
Nawet zdawkowe „cześć”, „co u ciebie”. Choć obiecałam sobie, że do niego nie zadzwonię, dziś próbowałam trzy razy, ale były jakieś kłopoty z zasięgiem. Co połączenie słyszałam is not available. Cholery można było dostać.
– Przepuść mnie, dobrze? – poprosiłam Loku.
– Ok. – Wstał. – Zmywasz się już?
– Nie. Zaraz wracam. – Pochyliłam się i wzięłam swoją colę.
Z telefonem przy uchu i puszką przy ustach ruszyłam w stronę zatoki. Więcej sosen, mniej ludzi. Więcej spokoju. Coś długo nie odbierał. Ale przynajmniej mi  się nie zgłaszał ten słodki głosik, informujący, że abonent jest chwilowo niedostępny.
„No, odbierz, odbierz”, powtarzałam w myślach.
– Ha-lo! Ha-lo! – usłyszałam i dosłownie zaryłam w piasek. – Kto mówi? Ha-lo?
Rozłączyłam się w jednym momencie. Kurwa, kurwa, co jest? Może się pomyliłam? Bez paniki, bez paniki. Oddychać i sprawdzić. Proszę. Ostatnie połączenie. Dwudziesta trzecia czterdzieści dziewięć. Kamil. To nic. Jeszcze raz.
– Halooo! Kto tam? Haloooo!
Bosz. Nic się nie dzieje. Jakaś idiotka odebrała telefon. Któraś z tych niuń-zdzir. Angelika albo Oliwia. Nie będę z tego powodu się topić. Może mu komórka wypadła i któraś z tych idiotek ją odebrała.
Inna sprawa, że ja bym nie ruszyła cudzego telefonu.
Nie, tak nie będzie. Wybrałam numer Piotrka.
– Halo? – W tle było głośno, bardzo głośno. Muza, rozmowy, śmiechy. Prawie czułam dym papierosów.
– Tu Julka…
– Julka? Jaka Julka?
Nazwisko nic mu nie powie.
– Dziewczyna Kamila. – To, że taka pół na pół, nie ma dla niego żadnego znaczenia.
– Aaa, jasne. Co słychać?
– Nie mogę skontaktować się z Kamilem. Jest tam gdzieś?
– Już go wołam…
– Nie, nie – spłoszyłam się. – Tylko mu powiedz, że zadzwonię do niego za chwilę, ok.?
– Ok.
Rozłączyłam się. Ile to jest „za chwilę”. Dwie minuty? Pięć? Skoro chciał go wołać, to znaczy, że był blisko. To mu już pewno przekazał.
Wybrałam numer Kamila.
– Julka, coś się dzieje?
– Nie, nie. Wszystko w porządku. Po prostu… chciałam cię usłyszeć.
– Na pewno wszystko dobrze?
– Oj, tak.
– Dziwny masz głos.
– Bo jestem wkurzona. – Opuścił mnie udawany spokój. – Chcę z tobą porozmawiać, a tu mi jakaś niunia ćwierka…
– Jaka niunia?
– Ta, która odbiera twój telefon.
– Jesteśmy w pubie… – powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało.
– Ja też. I żaden chłopak nie odbiera mojej komórki – odparłam twardo.
– Julka, daj spokój – zdenerwował się. – Nie ma żadnego problemu.
– Racja. Nie ma żadnego problemu, czy jakaś dziewczyna odbiera twoją komórkę, czy nie.
– Właśnie.
– Ale mamy problem z sobą. – Cała się gotowałam.
Wszystkie moje plany, że sprowokuję rozmowę na ten temat dopiero w Krakowie, „tak na spokojnie, bez pośpiechu”, poszły się pędzić.
Byłam rozdrażniona.
– Kamil, ja muszę wiedzieć. – Wypite wcześniej piwo dodało mi odwagi.
– Julka, nie teraz – jęknął.
– To kiedy?
– Teraz nie jest dobry czas na takie rozmowy.
– Za późno?
– Między innymi. – Był zły. Ale ja też.
– Teraz się ładnie pożegnamy, ładnie sobie zrobimy łapką pa, pa na pożegnanie, a jutro też nie będzie dobrego czasu na rozmowy. Za gorąco, za zimno, za wcześnie. Ja już tak nie chcę – dodałam cicho.
– A jak chcesz?
– Chcę wiedzieć, jak jest z nami. Między nami – dodałam z naciskiem. Czy to tak trudno powiedzieć „kocham cię’’? Dla niego trudno. Ok. To mógłby powiedzieć: „nadal jesteśmy razem. Głupie nieporozumienia”. I mógłby jeszcze dorzucić, że tęskni. – Kamil? Jesteśmy jeszcze razem? – spytałam cichutko. I zawstydziłam się tej szczerości, tego odsłonięcia uczuć, pragnień.
– Julka, nie teraz… plis.
Podniosłam głowę. Korony drzew, między nimi gwiazdy, odległe, spokojne. Będą jutro, pojutrze, za sto lat, za milion. A co będzie ze mną jutro? Pojutrze? Jeszcze mogę przerwać tę rozmowę, możemy przecież porozmawiać dopiero w Krakowie, możemy wcale nie rozmawiać, może takie zawieszenie jest lepsze, niż perspektywa rozstania się, nie muszę stawiać tej sprawy na ostrzu noża…
Przecież musimy być razem, ja muszę być z Kamilem, jest mi potrzebny jak powietrze. I on przecież o tym wiedział.
– To może rzeczywiście porozmawiajmy kiedy indziej… – stchórzyłam. – Chyba trochę mnie poniosło. Zagalopowałam się. – Jezu, czy ja muszę tak mówić? Czy muszę się tak zachowywać? Czułam się paskudnie. Robiłam coś, czego nie chciałam, a świadomość, że może teraz właśnie zażegnuję jakąś kosmiczną awanturę, wcale mi nie pomagała. Nie powinno w ogóle dojść do takiej sytuacji. To było chore.
– Ok. Też tak myślę – usłyszałam ulgę w jego głosie.
– To… dobranoc.
– Pa, Julka.
– Pa. – Wyłączyłam się.
Usiadłam pod drzewem. Blee, blee… Okropna rozmowa. Ale w sumie nic złego się nie stało, nic złego nie zostało powiedziane. Chyba… „Kamil? Jesteśmy jeszcze razem?”. „Julka, nie teraz… plis”.
Jakby się świat na moment zatrzymał. Zatrzymało się moje serce, tylko w głowie mi się gotowało. Koniec oszukiwania się sama przez siebie. Jaśniej komunikatu nie mógł mi podać. Świat znowu ruszył, serce znowu ruszyło.
Nie tak sobie wyobrażałam nasze rozstanie. Prawdę mówiąc, w ogóle sobie nie wyobrażałam. Raczej myślałam o tym, jak będziemy się kiedyś kochać, jakie imiona dostaną nasze dzieci. Jak się wyprowadzimy z Krakowa, daleko, najdalej, żeby uciec od mojej toksycznej matki.
Planowałam z nim całe życie.
Wciągnęłam głęboko powietrze.
I co? Żadnych myśli samobójczych, zapomnienia o oddychaniu, rozdzierającego bólu w sercu. Nic z tego. Smutek, smutek, smutek.
I, o dziwo, ulga. Przynajmniej wiedziałam, na czym stoję.
Podniosłam się, otrzepałam tyłek i powoli wróciłam pod parasole. Przybyło nowych ludzi, puszek z piwem, petów w popielniczkach, a ubyło paluszków.
Nigdzie nie widziałam Wiktorii, a chciałam jej powiedzieć, że wracam. Nie było też Grześka.
– Trzymam, trzymam. – Loku klepnął ręką w ławkę. – No, przeciskaj się tu do mnie.
– Ja już będę się zbierać – powiedziałam cicho, nie wykonując najmniejszego ruchu.
– Jeszcze wcześnie – zarechotał.
– To nic.
– Nie lubisz mnie, co? – Podszedł do mnie jakiś podpity chłopak. Odwróciłam się szybko w jego stronę. Jasne dredy, tatuaż na ramionach. Ukraina. Nasz jubilat. Nawalony na maksa.
– Co proszę?
– Nie lu-bisz mnie – wysylabizował. – Nie lu-bisz mnie – powtórzył.
– No, co ty – speszyłam się.
– Czuję pewne rzeczy. – Przysunął się do mnie bliżej. – Nie lubisz mnie. Nie lubisz – powtarzał  z uporem. Śmierdział okropnie.
– Nie znam cię. – Odsunęłam się. – A w ogóle to już idę. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego.
Zrobiłam krok w tył, Ukraina beknął, zaśmiał się i złapał mnie za łokcie. Nogi zrobiły mi się jak z waty.
– Puść mnie – powiedziałam cicho. – Muszę iść…
– Malutka, zostań. – Przesunął palcami po wewnętrznej części moich przedramion. Nikt tego nie widział? Nikt mi nie pomoże? I gdzie jest Loku? Jeszcze przed chwilą tu siedział. – Zostaniesz, dla mnie, co? Mam dziś urodziny.
– Ukraina, kurwa, spadaj. I to już. Łapy przy sobie. – Loku stał obok mnie. Położył mi rękę na ramieniu. – Spadaj – powtórzył twardo. – Ona jest ze mną – dodał i dopiero wtedy ten idiota odsunął się ode mnie.
– Dobra, nie ma sprawy. – Ukraina uniósł dłonie w przepraszającym geście. – Dawajcie mi tu piwo. Albo nie, sam po nie pójdę – zaśmiał się i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku baru.
Życzyłam mu wszystkich możliwych chorób wenerycznych i grypy we wszystkich odmianach.
– Julka, ok.? – Loku delikatnie potrząsnął mnie za ramię.
– Dzięki – mruknęłam.
– Siadamy?
– Chyba nie – pokręciłam głową. Już nie czułam magii tego miejsca, tej chwili. W głowie zaczęłam mieć chaos i chciało mi się płakać. – Wracam.
– Odprowadzę cię.
– Nie trzeba…
– Nie fiksuj. Żaden problem.
– Ok.
Wyszliśmy na deptak. Ciemno, wietrznie, szumiał las. Skręciliśmy w prawo. Samochody nadal jeździły, w obie strony, nie tak dużo jak w dzień, ale ruch był. Byli nawet jacyś rowerzyści.
– Poczekaj chwilę – poprosiłam i usiadłam na krawężniku. Musiałam się pozbierać. Za dużo wrażeń.
– Zdenerwowałaś się, co? – Usiadł obok.
– Co? A tak. – Głos mi się trząsł, miałam nadzieję, że się nie popłaczę.
– Niepotrzebnie. Byłem tam. Nie pozwoliłbym cię skrzywdzić.
Słowa, jak z łzawego filmu. Ale miłe. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Dzięki – bąknęłam.
– Mówię prawdę.
– Nie lubię takich sytuacji.
– A kto lubi? – zarechotał.
Zrobiło mi się przykro. Ale tylko na chwilę. Ten rechot nie był wymierzony we mnie. Loku miał rację. Nikt normalny nie lubi.
– Ukraina lubi – bąknęłam.
– Wracasz do formy – gwizdnął z podziwem.
– Na pewno nie.
– Na pewno tak. Silna jesteś.
Na pewno nie.
Byłam słaba. Czułam to i wiedziałam od innych. Przede wszystkim od matki, która dawała mi to do zrozumienia na każdym kroku.
I od Kamila.
„Lubię tę twoją nieporadność”. „Mała, w tobie nie ma wcale asertywności. Już się nie zmienisz, ale mnie to odpowiada”.
Zawiało. Zapięłam bluzę pod szyję i wsadziłam dłonie w kieszenie. Wymacałam bransoletkę. A co tam.
– Dla ciebie. – Podałam ją Loku. – O ile oczywiście chcesz – dodałam szybko.
– Dla mnie? – Wziął ją do ręki.
– No… Już ci chciałam dać tam… na kempingu, ale… –  Wzruszyłam ramionami.
– Ale co? – podchwycił.
– Polewałeś ze mnie – przypomniałam. – Więc zrezygnowałam.
– Kupiłaś ją dla mnie? – spytał z niedowierzaniem. – To miłe.
– Zrobiłam. Sama. Bo ja zdolna jestem. Mogłam ci jeszcze zrobić kolczyki, ale uznałam, że niekoniecznie.
– Sama to wiązałaś?? Dla mnie? – Oglądał bransoletkę, jakby była jakimś cudem.
– Sama. Ale zaczęłam ją robić ot tak, potem jak kończyłam… to pomyślałam, że może… może będziesz chciał.
Loku uśmiechnął się ciepło do mnie. Wyciągnął rękę z bransoletką w moją stronę.
– Zawiązać? – spytałam.
– Albo przykleić, jak tam sobie zaplanowałaś.
Zrobiłam takie supły na warkoczykach kończących bransoletkę, że nie było szans, żeby je zdjąć bez przecinania.
– Już – powiedziałam po chwili.
– Dzięki. Serio.
– Nie ma sprawy. – Zaczęła mi ciążyć magia, którą wyczułam już jakiś czas temu.
Przebiegł pies, który nas obwąchał i pobiegł dalej. Przejechała grupka rowerzystów, przeszła całująca się para, którą miałam ochotę rozszarpać. Źle na mnie działały amory u innych.
I wtedy Loku przysunął się do mnie i objął mnie w pasie. Zerwałam się na równe nogi.
– Idziemy? – zakaszlałam nerwowo.
– Idziemy. – Wstał i wyciągnął w moim kierunku rękę. Odskoczyłam. Już nie miałam dziś ochoty na żadne dłonie. – Ok. Nie ma sprawy. – Chyba zrobiło mu się przykro.
– Posłuchaj – zaczęłam stłumionym głosem. – Loku…
I urwałam. Co miałam powiedzieć obcemu chłopakowi? No, co? Ale coś musiałam powiedzieć. Należały mu się wyjaśnienia za to, że był w porządku wobec mnie.
A Kamil nie był! Nawet go nie było stać na porządną rozmowę ze mną.
Teraz to sobie uświadomiłam.
Loku stał naburmuszony, z rękami w kieszeniach.
– Loku, dostałam dziś złą wiadomość. – Zagryzałam wargi. – Mówię prawdę…
– I jeszcze akcja z Ukrainą – skrzywił się.
– Właśnie. Idziemy, co?
Jakiś czas szliśmy w milczeniu. Loku coś tam sobie pogwizdywał.
– Zawsze tak szybko chodzisz? – zarechotał.
– Raczej tak.
– Nawet na wakacjach?
Coś tam mruknęłam w odpowiedzi. Myślami byłam gdzie indziej.
Cały świat wydawał się kanciasty, ostry, przerażająco obcy.  Nie miałam nawet jednej ciepłej myśli, na której mogłabym się oprzeć. Ojciec, babcia. Wiktoria, może Agnieszka i Zyta, Agnieszka z mojej dawnej klasy, pani Iwona, która się wprowadziła do naszego bloku, jej synek Łukaszek. Kto jeszcze? Trochę mało tych ciepłych ludzi wokół mnie.
Już nie Kamil.
A Loku?
Jakby mnie wrzątkiem ktoś oblał. Łuna na policzkach. Jezu, jak cudownie, że było ciemno.
Złapał mnie za rękę. Delikatnie. Potem za drugą.   Staliśmy na wprost siebie.
Wyrwałam dłonie i ukryłam je w kieszeniach bluzy. Nie dlatego, że się przestraszyłam, że może będzie chciał mnie przytulić.
Przestraszyłam się swoich odczuć.
Tym razem bym nie uciekła.
– Przyjdziesz jutro na lekcję? – spytał cicho.
– Jutro? – powtórzyłam bezmyślnie.
– No, jutro, pojutrze.
Jutro, pojutrze? Jakiś kosmos, kosmiczne pytanie.
– Mogę ci rano dać znać?
– Spoko – zarechotał. – Masz mój numer?
– Nie.
– To sobie zapisz. Chciałaś mi gołębiem przesłać wiadomość?
Wyjęłam komórkę. Wpisałam „Loku”. Rzuciło go zaraz pod Kamilem.
– Dasz się przytulić?
– Nie – wyjąkałam, a on zarechotał.
– Idziemy już, co? – zaproponowałam nerwowo.
– Źle ci ze mną? – spytał po chwili.
– W ogóle mi źle – powiedziałam cicho i ruszyłam przed siebie.

Dzikoludek

Literatura 2010

 

Dzikoludki mają różne przygody – rano, kołdra łapie je za nogę, klocki rozsypują się pod całym pokoju, farbki tak malują, że brudzą stół i podłogę, śnieg potrafi przemoczyć całe ubranie. I tak do samego wieczora. A gdy już Dzikoludki leżą w łóżku, już prawie zasypiają to pojawia się pytanie: czy jeśli rozlało się sok przy obiedzie, wychlupało wodę z wanny przy kąpieli, to czy jest się grzecznym Dzikoludkiem?

 


Dzikoludek budzi się wyjątkowo wcześnie. Ziewa dwa razy, przytula swojego pluszaka, znowu ziewa i nagle zamienia się w dzikoludka łóżkowego, wyczyniającego dzikie harce na łóżku. Pod sufitem, zahaczając o lampę, fruwa duża i mała poduszka oraz ubrania przygotowane wieczorem przez Mamę. Na podłodze ląduje kołdra, a na niej pluszak. Oprócz dzikich skoków i fikołków, Dzikoludek śpiewa piosenkę, której nauczył się ostatnio w przedszkolu. Śpiewa z wielkiej radości, bo na dzisiaj zaplanowana jest zabawa z innym dzikoludkiem – jego Przyjacielem. Będzie miły dzień

Piosenka zwabia do pokoju ziewającą Mamę, która poleca ubrać się, posprzątać, a przede wszystkim zachowywać ciszej, bo reszta domowników jeszcze próbuje spać. Dzikoludek grzecznie poprawia opadające spodenki od piżamy i maszeruje do toalety. Tyle, że kołdra leżąca na dywanie, łapie go naraz za nogę i Dzikoludek przewraca się. Na szczęście nic mu się nie dzieje. Ale jaki jest huk!Teraz na pewno już nikt nie śpi.

Podczas śniadania nie pojawia się żaden nowy dzikoludek, ale tylko, dlatego, że Mama patrzy uważnie na Dzikoludka wcinającego płatki z mlekiem…

Do Dzikoludka przyszedł jego Przyjaciel i teraz w ogródku przy domu, szaleją dwa dzikoludki zabawowo-śniegowe. Już bawiły się w robienie śladów na śniegu, w berka, a teraz budują zamek. Dzikoludki zaplanowały, że zamek będzie miał trzy wieże i zwodzony most. Potrzeba bardzo dużo śniegu, więc przenoszą go z całego ogródka w jedno miejsce. Jednocześnie pokrzykują, pohukują, , śmieją się, rzucają w siebie kulkami i piszczą, gdy śnieg dostaje im się za kołnierze. Zamiast zamku powstaje Pan Bałwan z czterech kul. Ma śmieszny nos z ułamanej gałęzi, a oczy z cukierków, które jeden z dzikoludków znajduje w swojej kieszeni.
Gdy dzikoludki zabierają się za lepienie Pani Bałwanowej, Mama woła je na obiad.

Zanim dzikoludki zabawowo-śniegowe wchodzą do domu, udaje im się jeszcze bardzo dokładnie wytarzać w śniegu…

Mama już przebrała oba przemoczone dzikoludki. Podczas gdy ona rozkłada na kaloryferach wilgotne czapki, kurtki oraz mokrutkie spodnie, buty i rękawiczki, oba dzikoludki zabawowo-śniegowe, zamieniają się w bardzo głodne dzikoludki obiadowe. Najpierw jedzą zupę, tylko trochę ją rozchlapując, potem zajmują się spaghetti. Obie buzie i przody bluz czerwienią się od sosu. Rękawy też się brudzą, bo używane są jako serwetki. Mama wyciera, co może i jak może. I przy okazji mówi, że Dzikoludek i jego Przyjaciel jedzą niczym dwa prosiaczki-świniaczki. Te „prosiaczki-świniaczki” tak rozśmieszają dzikoludki, że z tego śmiania przewraca się szklanka z sokiem…

Dzikoludki postanawiają malować. Tylko, co? Może atak kosmitów? Dostają od Taty dużo kartek, znajdują w pokoju Dzikoludka farby, pędzle, z łazienki biorą kubek do wody i zabierają się do pracy. Biurko wydaje im się za małe, bo przecież to będzie duży atak dużych kosmitów, więc rozkładają kartki na podłodze. Pierwsi kosmici są zieloni, a gdy kończy się zielona farba, dzikoludki malują kosmitów czerwonych i niebieskich. Jest nawet jeden żółty. Wszyscy mają po pięć antenek na głowie i po trzy palce u rąk. W rękach trzymają łuki i magiczne strzały. Dzikoludki zabawowo-farbkowe są bardzo dumne ze swoich kosmitów. I wcale im nie przeszkadzają plamy z farby na rękach, bluzach i podłodze. Tylko Mama jest innego zdania…

Dzikoludki odkładają na biurko swoje malowanki, z kąta pokoju wyciągają dwa pudła klocków lego i wysypują je. Tak będzie łatwiej znaleźć różne części. Trochę klocków wturluje się pod szafę, ale to nic. O, proszę bardzo. Jest bardzo ważne czerwone światełko. Na pewno się przyda. Trzeba je odłożyć na bok, żeby znowu nie zginęło. A tu antenka. Też ważna. I dwa dzikoludki zabawowo-klockowe, wyjąc wspólnie piosenkę, którą pierwszy Dzikoludek nauczył drugiego, rozpoczynają budowę stacji kosmicznej…

Wyć się chce

Nasza Księgarnia 2009

Literatura 2018

  Szłam do Marleny.
Miałam kolejnego doła. Po awanturze z matką o to, że powinnam posprzątać w kuchni, bo to przecież żadna filozofia. Wystarczyło włączyć zmywarkę, poukładać na stole i zamieść podłogę, ewentualnie przelecieć po niej mopem. Moje tłumaczenie, że wróciłam kilkanaście minut przed matką, w ogóle do niej nie docierało. Powinnam to zrobić, i już.
Za mną była już ponad połowa Błoń, psia kupa, w którą udało mi się wdepnąć prawym butem, coraz mniej wściekłości i coraz więcej smutku, że to kolejna – a nie ostatnia – awantura.
Nie ostatnie nazwanie mnie „kretynką”.
Nie ostatnie retoryczne pytanie: „rozumu nie masz?”.
Wrócę wieczorem, ja i matka będziemy udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku, a potem – wcześniej czy później – znowu zacznie się na mnie wydzierać.
– Musiałam wyjść z tego cholernego domu – mruknęłam, ledwo tylko Marlena otworzyła mi drzwi.
– Dziesięć groszy – powiedziała.
Jasnowłosa, wysoka, z taką uduchowioną twarzą. Nadal opalona po wakacjach w Egipcie. Ostatnio ubierała się wyłącznie na czarno. I zaczęła się malować. W efekcie wyglądała rewelacyjnie. Też bym tak chciała. Ale z moją drobną budową i zwykłą twarzą musiałabym wcześniej zainwestować w operacje plastyczne. Nie wszystko bym zmieniła. Oczy zostawiłabym na pewno, ale ogólnie naciągnęłabym się na długość.
– Mogę od razu dać złotówkę. – Skrzywiłam się. – Mam potrzebę przeklinania.
– Co się stało?
– To, co zawsze. – Wzruszyłam ramionami. Czyli nie ma nic konkretnego do opowiedzenia, a wyć się chce. – Chwilę posiedzę, co?
– Siedź, ile chcesz. – Powtórzyła mój gest. – Jesteśmy same. Starzy w galerii z Młodym. Próbują mu kupić jakieś spodnie i koszule, ale to raczej przegrana sprawa, bo Młody jest za gruby na swój wiek.
–  Super. Nie mam dziś siły na ludzi.
Jej rodzina kupowała ciuchy z taką częstotliwością, jak moja masło. Jej rodzina, czyli rodzice i młodszy brat Adrian, tęgi, powolny dziewięciolatek, którego nie można było nigdy niczym zdenerwować.
Beżowo-białym holem dotarłyśmy do pokoju Marleny. Tak naprawdę, to były dwa pokoje połączone przesuwną ścianką. Jeden był do życia, drugi do spania. Ten do życia miał żółte, wesołe ściany, drugi – zgaszone, szarozielone. Stało w nim zajefajne łóżko z Ikei, takie z metalowymi ściankami, stolik ze szklanym blatem i antyczna biblioteczka.
Ta biblioteczka działała na mnie wybitnie przygnębiająco. Marlena przetrzymywała w niej tony swoich zeszytów, kartek, karteczek z wierszami, opowiadaniami, fragmentami powieści i rysunkami.
Ja z artystycznych rzeczy potrafiłam zrobić kolczyki, bransoletki, wisiorki, ładnie poukładać na kromce ser, wędlinę, plasterek pomidora, ogórka i posypać to artystycznie pietruszką. Jeśli akurat była w domu.
– A co u ciebie? – spytałam, siadając w jednym z foteli, które stały w żółtym pokoju. Miała ich cztery. Każdy, jak to się mówi, z innej parafii. Najstarszy był zielony, z racji wieku już mocno podniszczony. Pamiątka rodzinna. Moim faworytem był bambusowy, przywieszony do sufitu. Mogłam się w nim godzinami delikatnie kołysać. I nawet nie miałam wtedy tej swojej okropnej choroby lokomocyjnej. Był jeszcze skórzany, tzw. „klubowy”,którego nie lubiłam i nijaki szary, przykryty kwiecistą narzutą.
Marlena siedziała na oparciu zielonego uszaka, na którym wedle rodzinnego przekazu siadywał sam Witkacy, gdy odwiedzał babkę ciotki, albo ciotkę babki. Nie pamiętałam dokładnie. Marlena wierzyła w dobre fluidy w nim zaklęte.
– A dobrze, zaraz ci powiem. Na razie obowiązek. – Podeszła do biblioteczki i z półki zdjęła szklany słoik. Brudnosłówka. U mnie w pokoju stał taki sam drugi. U każdej z nas wypełniony był drobnymi mniej więcej w jednej trzeciej. Umowa była taka, że jeśli drobnicy zbierze się jeszcze więcej, to zrobimy krótkie rozpoznanie w pobliskich sklepach i tam, gdzie przy kasie będzie siedziała panna z najdłuższymi tipsami, poprosimy o zamienienie drobnych na grubsze. Odkręciła zakrętkę i podstawiła mi go pod nos.
– Wrzucaj.
– Cholera, cholera, cholera – mruknęłam i wrzuciłam złotówkę. – Reszty nie trzeba, na pewno dziś ją wykorzystam. Mów.
– Stara mnie dziś wzięła na rozmowę. – Odstawiła słoik na miejsce.
– Widać taki dziś… rozmowny dzień – burknęłam i zaczęłam drapać palcami plamę na kolanie spodni. Chyba zaschnięty ketchup. – O czym ta rozmowa? O ocenach? Że możesz się lepiej uczyć? Że mogłaś przelecieć mopem?
– Jakim znowu mopem? – Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
– Nieważne. Tak mi się coś przypomniało. To, o czym sobie pogadałyście?
– Dobrze, że siedzisz, bo byś się przewróciła, jak usłyszysz. - Zaśmiała się.
– Zamiast liceum proponują ci gastronomik. – Bujnęłam się raz i drugi. – Będziesz realizować się jako kucharka. Albo coś tam takiego, że potem jesteś fryzjerką.
– Julka, a tobie co się dziś stało? Coś cię ugryzło? – Zerknęła na mnie kpiąco. – Zupełnie inne klimaty. Stara chciała spytać, czy może wyrwać się ze starym na trzy dni i czy ja przez ten czas przejmę opiekę nad Młodym. Przy pomocy ciotek, babci i zaprzyjaźnionej pani Iwonki.
– A gdzie się chcą wyrwać?
– Bąkała coś o Wenecji, zabytkach, galeriach, ale podejrzewam, że po prostu do pokoju hotelowego z dużym łóżkiem.
Niby ludzka sprawa, ale jakoś poczułam się niezręcznie. Seks i rodzice? Seks i moi rodzice? No, tego to już w ogóle nie chciałam sobie wyobrażać. Ale przecież muszą to robić. Bosz! Kiedy? Jak? Czy ja wtedy jestem w domu?
Przymknęłam oczy i znowu się bujnęłam. Wspaniale uczucie. Kurcze, kupię sobie taki sam. Wypieprzę z pokoju tę niby-biblioteczkę, której nigdy nie lubiłam i tam zmieszczę wisielca.
I tak fruwałam pod sufitem, nad puchatym dywanem. Zastanawiałam się, jak bym urządziła swój pokój, gdybym miała tyle kasy, ile Marlena.
Podobny fruwający fotel, ale zielony. Podobny puchaty dywan.
Inne łóżko. Zdecydowanie mniej metalowe, bardziej przytulne.
Biurko takie samo.
Takie same zasłony i takie same żaluzje w kremowe serduszka.
Taka sama fryzura…
Przy kolejnym bujnięciu coś zrozumiałam.
Z naszej dwójki Marlena była tą fajniejszą.
Ta świadomość wcale mi nie przeszkadzała.
Byłam szczęśliwa, że ktoś taki jak ona zaprzyjaźnił się z kimś takim jak ja.

Anatol i przyjaciele

Literatura 2009

Pluszowy zając Anatol, sympatyczny dinozaur Plotek i malutka Ola zamieszkali razem. Wspólnie rozwiązują codzienne problemy, bawią się, zapraszają do domku kolegów, wyruszają na wyprawy  po parku. Są prawdziwymi przyjaciółmi, takimi na dobre i na złe.


Jak Ola zaprosiła kilka koleżanek

W środę Ola doszła do wniosku, że ma już po dziurki w nosie chodzenia po drzewach, budowania rakiet kosmicznych, grania w guziki i pływania po kałużach w papierowych okręcikach. Owszem, to były miłe zabawy, ale ile można w kółko robić to samo?
– Pobawmy się w coś innego – wysapała. Przyjaciele właśnie zakończyli mecz piłki nożnej. Ksawery był sędzią.
– Ale w co? – spytał Anatol, otrzepując błoto z łap, na których było go bardzo dużo, i z uszu, na których było go jeszcze więcej. Podczas meczu stał na bramce i bronił z prawdziwym poświęceniem. Nie puścił żadnego gola. – W chowanego?
– Eee, to nudne – skrzywił się Plotek. – W chowanego bawiliśmy się wczoraj.
– I przedwczoraj – przypomniała Ola. – I już nie bawię się w chowanego, bieganego, krzyczanego, plutego i przewracanego. Przynajmniej w tym miesiącu.
– To sama coś wymyśl – zaproponował zając, zgrzytając zębami, bo właśnie chciał bawić się w krzyczanego.
– Kiedy ja nie wiem co! – pisnęła Ola. – Ja chcę jakąś zabawę, taką o, o taką… – tu wykrzywiła się i pomachała łapkami raz w prawo, raz w lewo. – Rozumiecie?
– Nie – odpowiedzieli jednocześnie Plotek, Ksawery i Anatol.
– Nic a nic – dodała od siebie sroka Justyna, która przyleciała pochwalić się nowymi koralami, ale zapomniała o tym całkowicie, widząc rozsierdzoną Olę.
– Oj, oj, nie mam już do was siły – jęknęła Ola. – I co ja mam zrobić?
– Idź na spacer po parku – poradził Plotek. – Mnie to zawsze pomaga.
Ola, co prawda, nie wiedziała, w czym ten spacer ma jej pomóc, ale ruszyła przed siebie. Plotek miał chyba rację, bo ledwo uszła dwa kroki, coś jej przyszło do głowy. Czym prędzej wróciła do przyjaciół.
– A jakbym tak… Jakby Ola spotkała jakieś koleżanki do zabawy, to co? – spytała z poważną miną.
– To niech się Ola z nimi pobawi – odparł Plotek i podskoczył.
– A mogłabym je zaprosić do domku?
– Oczywiście – uśmiechnął się Anatol. – Jak najbardziej.
Po zabawie w krzyczanego i plutego Anatol i Plotek wrócili do domku, ujrzeli niezwykły widok. Gdzie tylko spojrzeć, wszędzie roiło się od czarnych mrówek. Między nimi pobłyskiwały kryształki cukru.
– Co tu się dzieje? – wyjąkał Anatol. Miał wrażenie, że ściany i sufit się ruszają.
– Zaprosiłam kilka koleżanek z mrowiska! – wrzasnęła Ola gdzieś z wysokości żyrandola.
– Kilka?
– Pozostałe przyjdą za chwilę!
– A co robicie? – spytał Plotek.
– Na razie mamy podwieczorek. Taki dziewczyński podwieczorek – piszczała szczęśliwa mrówka. – A potem się pobawimy. W mrówczanego.

Mój kochany Kotopies

Literatura 2008

Literatura 2020

Gałgankowy, kolorowy tułów pasował  zarówno do kota jak i do psa. Ale jak na kota, ogon był zdecydowanie za krótki. A smukły pyszczek z zielonymi ślepiami wcale nie miał wąsów.
– Tyle lat szyję pluszowe zwierzaki i pierwszy raz wyszedł mi taki cudak. Ni kot, ni pies. Taki Kotopies – powiedziała z niezadowoleniem w głosie pani Jola i wrzuciła zabawkę do wiklinowego kosza, w którym leżały skrawki materiałów i futerek.
Potem kosz wraz z całą zawartością został wyniesiony na strych.
Na piętrze domu powstawały nowe kotki, pieski, nawet niedźwiadki z kolorowymi plecaczkami, a Kotopies jak leżał na strychu, tak leżał. Coraz bardziej smutny i coraz bardziej zakurzony.
Któregoś dnia, na strychu, pojawiły się dzieci. Bawiły się w szukanie skarbu. Mała Dziewczynka i Chłopiec. Przyjechali na parę dni do swojej babci, pani Joli.
– Patrz, co znalazłam! – zawołała Mała Dziewczynka i pokazała Chłopcu zakurzonego pluszaka. – To chyba… kot.
– Pies – poprawił ją Chłopiec. – Kot miałby wąsy. A ten nie ma. I inne łapy. Zresztą wszystko jedno. Doczepimy mu skrzydła z kartonu i będzie udawał potwora. Ale z niego paskuda! – zaśmiał się, a Kotopies posmutniał.
Mała Dziewczynka zniosła pluszaka ze strychu, chciała zawiązać mu kokardę na szyi i przedstawić pozostałym zabawkom, ale zapomniała o tym wszystkim, bo Chłopiec zaproponował jej wycieczkę nad staw.
Wakacje Małej Dziewczynki i Chłopca dobiegały końca. Dzieci miały wrócić  do swojego domu, w wielkim mieście.
W ostatniej chwili, gdy wsiadały do samochodu, Mała Dziewczynka zauważyła porzuconego Kotopsa w kącie korytarza. Zrobiło jej się przykro, bo wyglądał na bardzo nieszczęśliwego i bardzo samotnego, więc czym prędzej zapakowała go do swojego zielonego plecaka.
Gdy przyjechali do domu, najpierw mama wykąpała Małą Dziewczynkę, a potem ta, wykąpała pluszaka. Wylała na niego dużo szamponu i wyszorowała szczotką. Kotopsu nawet  to się podobało. Nie podobało mu się za to suszenie suszarką.
– Ładny ma pyszczek – powiedziała Mała Dziewczynka, gdy pluszak już wysechł i zaczął układać się do spania na puchatym ręczniku.
– Z wąsami byłby ładniejszy – zaśmiał się Chłopiec.
– Mnie się i tak podoba – uśmiechnęła się i cmoknęła Kotopsa w kolorowe ucho.
Kotopies zamieszkał w pokoju Małej Dziewczynki.
W dzień siedział na jej biurku i patrzył, jak odrabia lekcje. Najbardziej lubił, gdy pisała literki. Na początku wszystkie były krzywe, z czasem zaczęły wyglądać coraz ładniej. Podobało mu się również, gdy Mała Dziewczynka rysowała.
I cały czas do niego mówiła. To było najwspanialsze. Opowiadała o szkole, o koleżankach, o tym, co przeczytała w książce, kogo spotkała w sklepie, gdy Mama wysłała ją po mleko, o lekcjach rysunku i angielskiego. Gdyby Kotopies potrafił mówić, mógłby pochwalić się, ile zna angielskich słówek. Prawie tyle samo, co jego mała przyjaciółka.
W nocy spali na jednej poduszce.
Kotopies jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy. Pokochał swoją przyjaciółkę całym trocinowym serduszkiem.
Któregoś dnia, do Małej Dziewczynki przyszły jej koleżanki ze szkoły. Pograły chwilę na komputerze w dużym pokoju, a potem zaczęły się bawić lalkami.
– Ale brzydal – zaśmiała się naraz Jakaś Dziewczynka na widok Kotopsa siedzącego na biurku.
– Okropny – przytaknęła Inna Dziewczynka.
– Ja go bardzo lubię – powiedziała Mała Dziewczynka, a szczęśliwy Kotopies uśmiechnął się do niej.
– Mam takiego wielkiego białego misia. O, takiego – zamachała rękami Jakaś Dziewczynka.- Był bardzo drogi. Chyba najdroższy w sklepie – dodała z dumą w głosie.
– A ja dostałam od cioci żółciutką żyrafę – pochwaliła się Inna Dziewczynka. – Z Paryża. A ty skąd masz tego dziwaka?
– Ze strychu babci.
– Ja to wstydziłabym się  bawić taką brzydką i starą zabawką!
Jakaś Dziewczynka i Inna Dziewczynka parsknęły  śmiechem. Kotopsu zrobiło się przykro. I nie dlatego, że został tak nazwany, ale na widok smutnej miny swojej przyjaciółki

Bobek, wyprawa i rzeczy w sam raz

                                                         Literatura 2007

Tym razem Hubert przeżywa przygody nie w przedszkolu lecz w lesie pełnym grzybów, pokrzyw i igiełek, które wpadają pod bluzę. Chłopcu towarzyszy jego nowy przyjaciel – zielony Bobek ze skrzydłami. Oczywiście jest też Mama, Tata i Kuba.


Hubercikowi łzy lecą same. Jest ich coraz więcej. Bobkowi też jest smutno. Chciałby pocieszyć swojego przyjaciela, ale nie wie jak.
– Oj, Huberciku, nie bucz. Przecież jesteś już duży chłopak – mówi Tata. – Pomożesz mi dźwigać ten ciężki koszyk, co?
Łzy momentalnie przestają lecieć. Chłopiec uśmiecha się szeroko. Już jest duży chłopak? To bardzo dobrze.
– Na takie pokrzywy to najlepsza jest pepsi – ogłasza Hubercik i ogonem Bobka wyciera wilgotne łzy i nos. Bobek jest oburzony. – Pepsi na pewno mi pomoże.
– Na pepsi jesteś za mały – Mama uśmiecha się pod nosem i podnosi się z klęczek. – Może zrobimy sobie przerwę?
– proponuje.
Jak to? Znowu Hubert jest na coś za mały?
Trzeba się nad tym pozastanawiać. Ale za chwilę. Teraz czas coś zjeść. W lesie najlepiej smakują jajka na twardo. Niedobre są tylko te, które upadły w igliwie. Już bez skorupki.

Zła dziewczyna

Ossolineum 2005

Gimtasis Zodis, Wilno 2007

Nasza Księgarnia 2009

Literatura 2014

Osiemnastoletnia Marcyśka wie, czego chce. Przyjechała do Krakowa uczyć się, a potem studiować. Po nagłej śmierci ciotki dziedziczy warte sporo pieniędzy mieszkanie. Rodzice już planują inwestycje… Dochodzi do konfliktu. Pozbawiona oparcia najbliższych może liczyć tylko na siebie. Jak pokieruje swoim życiem? Czy dokona słusznych wyborów? Czy potrafi kogoś pokochać?


Byłabym wcześniej w domu, ale jeden tramwaj mi uciekł, a drugi się zepsuł. Marzę o kawie, o czymś ciepłym do jedzenia. Drzwi otwiera mi Anka. Płakała.
– Co się dzieje?
– Nie gniewaj się, ale jest tu Bebeś – szepcze.
– Nie ma sprawy. – Macham Bebesiowi, który dziwnie bez humoru rozmawia przez komórkę. Słyszę o hardkorze do kwadratu. Rzucam plecak i przechodzę do kuchni.
– Jest zupa. Pieczarkowa. – Anka włącza mikrofalę. – I zrobiłam sałatkę z kukurydzy i ryżu.
Witam się z Karolką, potem idę do łazienki. Bebeś nadal z telefonem. Teraz klnie. Gdy moszczę się przy stole, Anka stawia przede mną miskę z zupą. Odchylam się na taborecie i sięgam do szuflady po łyżkę. Dawno nikt tak o mnie nie dbał.
– Co się stało? – pytam z pełnymi ustami. Jestem zbyt głodna, żeby bawić się w damę.
Zamyka drzwi. Przysuwa taboret i siada naprzeciwko mnie.
– Cholera! Ten głupek – macha ręką w kierunku pokoju – pokłócił się z właścicielem!
– Co?
– To, co słyszałaś. A wiesz, o co poszło? Facet przyszedł po czynsz i nakazał bezzwłocznie uporządkować ten burdel. Bo się robaki zalęgną. Bebeś się uniósł honorem, że posprząta, jak będzie chciał. No i mają, nasze mózgi, wylot.
– Kiedy mają się wyprowadzić? – Odkładam łyżkę.
– Już się wyprowadzili. Rano.
Pomału dociera do mnie to wszystko, co idzie za tą informacją. Bebeś jest bezdomny, Iz jest bezdomny, ja mam mieszkanie.
– A ten kumpel z akademika? – pytam.
– Ten w porzo? – parska wściekła. – Wyjechał z Krakowa. Podejrzane interesy w Monachium. Będzie za parę dni. Cholera jasna! To, że matkę mam do wymiany, to wiedziałam od zawsze, ale żeby i chłopaka?
Podchodzi do lodówki. Otwiera ją z wściekłością i wyjmuje miskę. Nogą popycha drzwi. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała kupić nową. Sałatka wygląda kusząco. Anka hojna ręką nakłada mi ją na talerzyk.
– Bułka?
– Nie. – Już nie jestem głodna. Miska z zupą, prawie nietkniętą, stoi przede mną. – Co będzie? – pytam.
Wzrusza ramionami.
– Opieprzyłam Bebesia z góry na dół. Mnie ulżyło, on uważa, że go nie rozumiem. Teraz wydzwania do jakiegoś nieuchwytnego kumpla. Do południa wstępnie rozmawiali. Przyjmie go na parę dni. Dopóki głupek sobie czegoś nie znajdzie.
– A Iz?
– Ten dupek? – wykrzywia się. – On zawsze spada na cztery łapy, jak kot. Już gdzie się zaczepił. A tak w ogóle, to pokłócił się z Bebesiem. Że zachowuje się szczeniacko i robi innym przypały. Czaisz? Dożyłam takich czasów, że Izydor puszcza takie teksty.
Siedzimy w milczeniu. Przyjęłam Ankę, ale to nie znaczy, że razem z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ją jeszcze przeżyję, przy Bebesiu będą czuła się niepewnie.
Ale głupio nie pomóc, jeśli można. Anka siedzi bez ruchu i tępym wzrokiem wpatruje się w kran.
Nie, nie będę martwiła się na zapas, może ten kumpel jednak przyjmie Bebesia…, chyba jednak coś zjem, potem wymienię żwirek w kuwecie i biorę się do lekcji, na pojutrze mam przygotować referat, czyli muszę go skończyć już dziś, jutro korki u rozwydrzonej Kasi, zdolna bestia, ale potwornie leniwa, ale o Kasi jej rodzice nie mówią nigdy inaczej, jak o cudownym dziecku…
Stukają drzwi. Do kuchni wchodzi zaaferowany Bebeś.
– Heja, Marcyśka. Anka, słuchaj…
Nie musi więcej mówić. Wszystko wiadomo.

* * *
W mieszkaniu panuje rejwach, że hej!
Anka płacze, wymyśla Bebesiowi od najgorszych, jednocześnie szaleje w kuchni, przyrządzając coś wysokokalorycznego, bo „przecież ten głupek od rana nic nie jadł”. Raz po raz, Bebeś dopada komórkę i łapie kolejnego kumpla. Ma kumpelę, która mieszka sama, bo rodzice wyjechali na dwa miesiące, ale Anka zdecydowanie nie zgadza się na nocowanie u niej.
Zamykam się w łazience. Muszę mieć chwilę spokoju. Życie z jędzą świętej pamięci, choć trudne, było raczej przewidywalne. Anka w ciągu niecałych dwóch dni weszła z impetem w moje życie. I w moje mieszkanie. Poukładała po swojemu talerze, przyprawy, a ścierki przeniosła do innej szuflady.
A teraz jej chwilowo bezdomny chłopak.
Staję przed lustrem. I nie widzę swojej twarzy, tylko twarz ciotki. Zawsze ponurą, złą. I przypomina mi się, jej wieczny, zaraźliwy pesymizm i to, że najmniejsze problemy urastały dla niej do rangi końca świata.
…Ciociu, chyba się zepsuła pralka.
…Jak to zepsuła? Tyle lat działała bez problemu. Musiałaś coś źle zrobić… no tak, już sobie wyobrażam, co będzie. Przyjdzie jakiś majster i zedrze ze mnie skórę za naprawę. A jeszcze ile będzie zamieszanie z tym, żeby znalazł czas na przyjście. A jak będzie już w domu, to trzeba go będzie pilnować, żeby czegoś nie ukradł. Znajomej taki jeden, co jej kran naprawiał, kazał jej trzymać prysznic nad wanną, a sam poszedł do kuchni, niby sprawdzać ciśnienie w kranach, i ona lała i lała tę wodę w łazience, a on jej wyniósł telewizor, torebkę i kryształowy wazon. A jak potem będziesz tak postępowała z innym sprzętem, jak z pralką…
Przecież to jeszcze nie koniec świata. Pomieszka tu Bebeś jeden, dwa dni. Nic się nie dzieje.
– Marcyśka! Telefon! – Anka dobija się do łazienki.
Z rozmachem otwieram drzwi. Podaje mi słuchawkę. Ciekawe, kto. Boże, może mama znowu z awanturą?
– Słucham? – Z powrotem znikam w łazience.
– Cześć. Tu Olaf Roztocki…
Z ulgą wypuszczam powietrze. Nie mama!
– To chyba jakaś pomyłka – mówię pogodnie.
– Poznaliśmy się w schronisku. Szukałem Tobiasza.
Rudy! Nie przypomina, że mnie odwiózł na drugi koniec miasta. A kot z nerwów zarzygał mu pół samochodu.
– Cześć. I znalazłeś? – Siadam na brzegu wanny.
– Tak. Od tego czasu zdążył już zagryźć dwa buty. Każdy z innej pary. Czyli dobrze. Jak kot?
– Zniszczyła mi rajstopy i parę gazet. Czyli też dobrze.
Na moment zalega cisza.
– Dasz się zaprosić do kina? Na jutro?
Ja z rudzielcem w kinie? Nigdy w życiu.
– No nie wiem…
– Nie daj się prosić.
Niech będzie. Rozerwę się.
– Ok. – mówię. Już nie siedzę, tylko stoję przed lustrem. Chyba trzeba zainwestować w jakąś maseczkę. Cera szara i zmęczona.
– Filmy akcji raczej odpadają, tak? – śmieje się Olaf.
– Raczej tak – odpowiadam pogodnie.
– To sama coś zaproponuj.
Mam w głowie pustkę. Nie mogę przypomnieć sobie ani jednego tytuły filmu, który chciałam zobaczyć. Już wiem.
-„Dziewczyna z perłą” – mówię. – Ale nie wiem, czy gdzieś jeszcze grają – dodaję po chwili.
– Sprawdzę i oddzwonię do godziny, może być?
– Pewnie.
– To na razie.
– Na razie. Olaf, poczekaj, poczekaj! – wołam.
– Tak?
– Skąd masz mój numer telefonu?
– Od pani Krysi. Tej ze schroniska. A co?
– Nic. Hej.
– Hej.
Rudy do mnie zadzwonił! Idziemy do kina! Wolałabym, żeby to był Iz. Boże, co za idiotyzmy! Iz i ja na randce. Czas wracać do rzeczywistości. Karolka! Z tego całego Bebesiowego zamieszania zapomniałam o niej. Powinna być jeszcze jedna puszka żarcia. O ile nie zjadł jej Bebeś. Wychodzę.
W kuchni Anka, z ponurą miną tkwi na parapecie.
– Gdzie Bebeś? – pytam z głową w lodówce.
– Wygoniłam go na zakupy!
– Po co? – Lodówka jeszcze nigdy tak dobrze nie była zaopatrzona.
– Bo nie mogę na niego patrzeć! Kazałam mu kupić wykałaczki, powinno mu to zająć trochę czasu. – Zeskakuje z parapetu i podchodzi do mnie. -Zachowuje się tak, jakby nic nie docierało do jego zakutego łba.
– Ale co ma dotrzeć?
– Jak to, co? Zwaliliśmy się tobie na głowę. A on, ten dupek, pyta czy jest tu kablówka. I gdzie trzymamy bronksy!
– Nie ma kablówki.
– Cholera, przynajmniej ty mnie nie denerwuj!
– Przecież to tylko dwa dni. Przeżyjemy – mówię uspokajająco.
Anka patrzy na mnie uważnie.
– Wiesz, co? Myślałam, że te parę dni spędzimy na plotkach, łażeniach po sklepach. Taki babski miły czas. A tu co? Mój, dupek, z nami mieszka. A wraz z nim jego problemy.
– To nic, poradzimy sobie – powtarzam z przekonaniem.
I mam nadzieję, że sama w to uwierzę.

* * *
Jest po północy, a nam się wcale nie chce spać. Chyba nigdy jeszcze nie spędziłam z nikim tak miłego wieczoru. Anka i Bebeś przytuleni do siebie, świece, kanapki i muzyka, Karolka tkwiąca w zlewie.
– Idziemy spać? – ziewa Anka.
– Ja na pewno. – Przeciąga się Bebeś. Potem patrzy na Ankę, a ona zaczyna do niego mrugać. – Co znowu? Aha. Już wiem. Marcyśka, dzięks…
– Za co? – śmieje się.
– Wiesz, za co. – Bebeś jest niezdrowo poważny.
– Nie wygłupiaj się – mówię, chyba trochę za ostro niż zamierzałam. Nastrój pryska. – Dobra, zbieramy się spać.
Gasimy świece, biorę się za mycie naczyń, ale Anka tłumaczy, że do jutra talerzom nic się nie staje. Ma rację, ale nie zasnęłabym, z myślą, że w kuchni jest bałagan. Potem szukam dla Bebesia ręcznika, później ustalamy kolejkę do łazienki i wychodzi na to, że ja mam pierwsza iść się myć. To idę, ale wcześniej odnajduję w szafie szlafrok.
Ostatnio miałam go na sobie rok temu. W szpitalu, gdy mi wycinali wyrostek robaczkowy. Rodzice nie odwiedzili mnie wtedy ani razu. Bo Angelika była chory, Patryk skaleczył się w rękę, a tu przecież robota w polu… Parę razy zadzwonili, przez jakąś kuzynkę sąsiadki przesłali mi siatkę pomarańczy, dwa soki i blachę drożdżowca. Wtedy mi to nie przeszkadzało. Teraz, im bardziej się nad tym zastanawiam, jest mi przykro.
Gdy wychodzę, Bebeś chrapie na tapczanie, a Anka wściekłością grzebie w swojej torbie.
– Spakowałam się jak ostatni matoł. Teraz okazuje się, że zapomniałam ulubionej bluzy. No, nic.
– Potrzebujecie jeszcze czegoś?
– Nie. Mogę do łazienki?
– Tak.
Podchodzi do mnie.
– Wiesz, co? Szkoda, że przez te wszystkie lata tak trzymałaś się na uboczu… Ale lepiej późno niż wcale.
Nie wiem, co odpowiedzieć. To miłe słowa. Uśmiecham się i znikam w sypialni.
A co będzie jak mi się zachce siku w nocy? Co wtedy? Jak wyjdę, to mogę ich obudzić, a jak mnie zobaczą, to pomyślą, że sprawdzam.
Zaczynają się schody.

Rozdział 12
12 marca, piątek

Gnamy na tramwaj o 7.40. Dziś pierwsza lekcja z Sigmą. Gdyby prawo zezwalało, strzelałaby do spóźnialskich. Bebeś został w domu. Chrapiący, w poprzek tapczanu. No, jest dwójka. Zdążymy.
– Jak dobrze, że jutro wolne! Już bym nie wytrzymała! – Anka rozdzierająco ziewa. – Marzę, o tym, żeby się odespać… Co? Nie, nic z bebesienia, ale słyszałaś jak on chrapał? Już się chciałam przeprowadzić do ciebie.
– Trzeba było. Łóżko jest nawet duże.
– To brzmi zachęcająco – mruczy Anka, a stojąca obok kobieta sztywnieje z oburzenia. – No, ale to, co robił Jarek z Magdą w nocy, to przechodzi wszelkie pojęcie. I wiesz, co? Potem Maciek do nich przyszedł. Mój Boże! I po co oni jeszcze tego biednego psa wzięli? I chomika? Ja się chyba z tej komuny wypisuję. A Jolka znowu w ciąży. I znowu nie wie, z kim. Sodoma i gomora! – Anka zerka na kobietę, która ma wyraźnie trudności z oddychaniem.
– Podlałaś marychę, czy jak zwykle, zapomniałaś?
– Zapomniałam – krztuszę się ze śmiechu.
– No nic, zasiejemy nową. W większych doniczkach.
Wysiadamy. Anka aż kwiczy z radości.
– Kocham takie paniusie. Przez następne tygodnie będzie opowiadać wszystkim znajomym, o nas. To będzie jej wielkie pięć minut. Ooo, Debeściak! Zaraz błyśnie swym wątpliwym intelektem.
Debeściak, z małpią miną, otwiera przed nami drzwi szkoły.
– Szanowne panie tu po raz pierwszy? Chętnie zaprowadzę do szatni.
– Odpieprz się – mówi Anka.
– Chciałem być miły.
– Więc bądź miły i odchrzań się.
Jesteśmy już w szatni. Jarek i Maciek coś przepisują, Julka piłuje długie paznokcie, Krzysiek słucha discmana, kiwa się.
– Ej, Anka i Marcyśka, co wy tak ostatnio razem? – pyta Debeściak i głupio rechocze. – Może wy lesby?
Zanim Anka zdąży coś odpyskować, obejmuję ją w pasie.
– Ale szczęśliwe – mówię.
Debeściak baranieje, a Anka patrzy na mnie z lekkim uśmieszkiem.
– Ty rzeczywiście jesteś wariatka – mówi półgłosem.
– Nieźle się maskowałaś.
Chyba tak. Nawet dla samej siebie.

Niezwykłe wakacje

Literatura 1995,1996, 1999

Literatura 2002

Literatura 2004

Literatura 2010

Koniec roku szkolnego już blisko. Wszystko wskazuje na to, że lato będzie całkiem zwyczajne. Piątka przyjaciół zamierza spędzić wakacje w swoim miasteczku. Czy nudne łowienie ryb w pobliskiej rzece może być początkiem fantastycznych wydarzeń? Bohaterowie przeżywają niesamowite przygody, odbywają przedziwne podróże w czasie i przestrzeni, są świadkami niecodziennych wypadków, poznają tajemnicę sprzed wieków…


ROZDZIAŁ 14

– Brr – wzdrygnęła się Agnieszka. – To było raczej nieprzyjemne – wzdrygnęła się ponownie i wcale nie kwapiła się do puszczenia mojej dłoni.
Było ciepło i, o ile mogłam dostrzec, zupełnie inaczej. Rzeczki nie widziałam ani nigdzie nie słyszałam jej pluskania. Ze wszystkich stron otaczały nas wysokie potężne drzewa.
– Tu nie ma naszej rzeki! – półgłosem podzieliłam się spostrzeżeniem z resztą i przysunęłam się do nich.
– Pewnie, że nie ma – odpowiedział zduszonym głosem Krzysiek. – Nie słyszałaś, że często zmienia swe koryto? Chciałem również zauważyć, że pora też się zmieniła… Jest chyba jesień – powiedział z miną znawcy.
– Mówiłam, że zimno – przypomniała Aga.
– A, który to ten nasz dąb? – zapytał niepewnie Michał, błyskając latarką po drzewach.
– Nie wiem, nie widzę – mrukną Kajtek, ale zaraz tajemniczo psyknął i szepnął – Ktoś tu idzie… albo coś.
– Niedźwiedź! – pisnęła Agnieszka. – Wtedy były niedźwiedzie. I wilki.
– Cicho nurkujemy tutaj – Michał wskazał na zarośla, które rosły za nami i zgasił latarkę.
Zaszyliśmy się po czubki głów, trzęsąc się z zimna i ze strachu. W szumie lasu można było wychwycić jeszcze jeden dźwięk, coś jakby powolne kroki. Słychać było trzeszczenie gałązek i szuranie zeschłych liści. Chwyciłam mocniej Agnieszkę za rękę i zamarłam w oczekiwaniu. Nie tylko ja. Prawie przestaliśmy z wrażenia oddychać. Kroki słychać było coraz wyraźniej… Ujrzeliśmy dwóch mężczyzn.
Każdy z nich trzymał pochodnie, a ten, który szedł jako drugi, niósł jakieś niewielkie zawiniątko. Wytężyłam wzrok i rozpoznałam skrzyneczkę… Naszą skrzyneczkę z dębu!
Mężczyźni nie wyglądali na młodych. Ich twarze zdobiły sumiaste wąsy. Ubrani byli tak jak na starych obrazach, z tym że strój młodszego był jednak bogatszy i bardziej wytworny.
– Przytrzymaj obie pochodnie – powiedział młodszy przystając niedaleko od naszej kryjówki.
– Oj, panie, a po co my tu przyszlim? – zagderał starszy odbierając posłusznie pochodnię. – We dworze ciepło, piwo grzane, a tu… – wzruszył ramionami – jeno drzewa, wiater i noc.
– Oj stary, stary – westchnął z kolei młodszy – jakby nie to, żeś ty mój konfident, trza by cię było do porządku przywołać.
– A prawda – zgodził się stary. – Jeno, że nie zrobicie tego, panie – zachichotał.
– Trzymaj! – powiedział stanowczo młodszy i schylił się do szkatułki, którą postawił na ziemi. Otworzył ją, błysnęły okucia. Następnie wyjął znany nam woreczek, a z niego zawinięty w rulon papier.
– A tera co znowu? – zapytał zdumiony stary i przysunął się o krok do swojego pana
– Cisza! – huknął młodszy, a w świetle pochodni zobaczyłam, że walczy z uśmiechem. – Toż ty rozpuściłeś się jak dziadowski bicz… Świeć.
Pod drzewami zapanowała cisza przerywana jedynie ciężkimi westchnięciami sługi. I zaraz szlachcic zaczął głośno i wyraźnie czytać:
-Ja, Kacper Krakowski, stojąc już u krańca mego grzesznego żywota na tym świecie, poczyniłem odpowiedni testament moją ostatnią wolę zawierający i rozporządzający moimi dobrami wszystkimi, a kartelusz ów, o którem wiem, że dla specjalnych osób przeznaczon, w owej skrzyneczce do dziupli składam… – Kacper przerwał, chrząknął, popatrzył na zastygłego w bezruchu sługę, uśmiechnął się smutno do niego i powrócił do czytania:- Jakem wspomniał w testamencie, o nożu owym, któren wspaniałe właściwości miał, a któren jak wierzę, jeno z Woli Bożej był w moim posiadaniu, po długim deliberowaniu poczyniłem z nim pewną inwencyję i tera chcę to jasno w onym karteluszu wyłożyć. Umyśliłem sobie coby w miarę moich skromnych talentów przebadać ów andżar. Dzięki pomocy Boskiej powiodło się i odkryłem, że to nie nóż, a jeno kamuszek niebieski, co w rękojeści cudownej roboty siedział, moc tajemną posiadał i andżar bez owego kamuszka niebieskiego owych cudów nie czynił. Dziwny to był kamuszek, ni to szkło, ni to kamień, jakowyś nieznany, rzadkiej materyi, a cieszący oko… – Kacper przerwał czytanie dla nabrania oddechu, a my popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem.- Pierwej to postponowałem, lubo gdy lat i rozumu przybyło, rozważyłem raz jeszcze, że człek opuścić musi ten ziemski padół ni syna, ni córki na nim  nie ostawiając… – Szlachcic ciężko westchnął, a sługa pokiwał głową i chyba chciał coś powiedzieć, ale pan spojrzał tak na niego, że tylko poprzestał na monotonnym kiwnięciu głową. – W testamencie rzekłem, jak naprawdę rzecz się miała z czarami moimi, nazywanymi przez innych konszachtami diabelskimi i coby moje imię pozostało czyste, na poparcie moich słów prawdziwości musiałem ostawić nóż, com nigdym się z nim nie rozstawał, a co wszyscy wiedzieli. Nikogo godnego owych właściwości cudownych nie znałem i dlategoż mały podstęp uczyniłem. W związku z zamysłem moim do złotnika najlepszego w kraju pojechałem, któren był mi polecony przez zacnych mych przyjaciół onegdaj poznanych na królewskim dworze, i zamówiłem kamień, któren wsadzon został w miejsce owego czarodziejskiego…
Potem było jeszcze parę zdań, ale nie zrozumiałam, bo służący zaniósł się kaszlem.
– Nóż ze zmienionym kamuszkiem ostawię swym spadkobiercą, a kamień czarodziejski z owym karteluszem, co wszystko wyjaśnia do dziupli tego dębu wiekowego skrywam – Kacper podniósł w jednej ręce kartelusz, a w drugiej…
Oblałam się zimnym potem. Ręka, w której trzymałam kamień była pusta!!! Nie mogłam wymówić ani słowa i dopiero po dłuższej chwili szepnęłam:
– Nie mam kamienia.
– Zgubiłaś? – zapytał szybko Krzyś.
– Nie! – szeptałam. – On zniknął… Ma go Kacper – zaczęłam płakać.
– Co ty opowiadasz za bzdury? – zdenerwował się Krzysiek. – Po prostu zgubiłaś kamyk… Musimy szukać.
– Kacper ma coś kamieniopodobnego w ręce… – powiedział z namysłem Kajtek, wpatrując się w mężczyzn.
– Bzdura. Bzdura – powtórzył twardo Krzysiek.
– Nie zgubiłam – wychlipałam – na pewno nie zgubiłam, on po prostu… zniknął.
– Zostaniemy tu teraz do końca życia – odezwał się naraz przerażająco spokojnym głosem Michał.
– Nie, nie! – krzyknęła histerycznie Agnieszka i złapała się za głowę. – Ja chcę do domu!
Mężczyźni stojący pod dębem popatrzyli w stronę naszych zarośli. Służący ze zdumieniem, a jakby z leciutkim uśmiechem. Kacper powolnym ruchem wyciągną przed siebie kamień… i znowu owiał nas chłód.

Eliksir przygód

Iskry 1995, 1997, 1999

Literatura 2002

Literatura 2004

Literatura 2014

„Eliksir przygód” to powieść łącząca w sobie dwie perspektywy czasowe – odległy siedemnasty wiek i współczesność. Młodzi bohaterowie odnajdują w ruinach zamku dziewczynkę, która za sprawą czarodziejskiego eliksiru przeniosła się w XX wiek. Zabawne przygody młodych bohaterów, magia, alchemia, współczesny świat widziany oczyma dziewczynki urodzonej w siedemnastym wieku, to tylko niektóre elementy atrakcyjnej fabuły. Do niewątpliwych zalet książki należy zastosowanie siedemnastowiecznej stylizacji językowej.


Rozdział 10

Niespodziewanie uśmiechnęła się do mnie.
– Nie masz się czego obawiać. Jeszcze wczora Kornelia objaśnienia mi dała wszystkie o łazience i tualecie.
– Toalecie – poprawiłam bezwiednie. – Naprawdę? – popatrzyłam na nią z niedowierzaniem.
– Tak, a ową szczoteczkę, co mi ją tera naszykowałaś, to weź. Mam juże takową od Kornelii. Jeno barwy zielonej.
– I też wiesz co się nią robi?
– Wszystko wiem. Spokojna być możesz.
Dość długo urzędowałam w kuchni. Helenka nadal pozostawała w łazience, więc zaniepokojona pukałam parę razy do niej, ale za każdym razem słyszałam, że wszystko jest w porządku. Na podłodze pod drzwiami zostawiłam dla niej swoją sukienkę (żeby nie musiała wchodzić w wiek XX w portkach), o czym krzyknęłam i wróciłam do kuchni. Dopiero krojąc pomidory uprzytomniłam sobie, że z łazienki dochodził bardzo miły, ale niesłychanie intensywny zapach…
– Muszę wejść – załomotałam pięściami w drzwi.
– A i dobrze…
Weszłam i ujrzałam niecodzienny widok. Helenka czerwona jak rak siedziała w wannie, a właściwie w górze piany. Pachniało proszkiem do prania.
– Helenka… – jęknęłam i usiadłam na dywaniku – coś ty najlepszego zrobiła?
Czerwonolica Helenka przemówiła płaczliwym głosem:
– Toć zrobiłam właściwie. Tak jak Kornelia mi prawiła.
– Tak? – zainteresowałam się – Opowiedz.
– Z pierwa zatkałam wannę. Weszłam do niej i oną gałeczką pokręciłam – wskazała na kurek od zimnej wody.
– A nie było ci chłodno? – spytałam z przekąsem.
– Było, a jakże. Przez to pokręciłam drugim.
– I prawie się ugotowałam – dodałam sprawdzając ręką temperaturę wody. Trzeba wyjąć korek – poleciłam, macając po dnie. – A ta pianka skąd? – spytałam mimochodem.
– Z owego pudełka – wskazała na półeczkę wisząca nad jej głową.
Obok proszku „Ariel” stała butelka z wybielaczem. Za nimi sporych rozmiarów flacha z płynem do kąpieli. Pomyślałam, że to i tak szczęście. Mogło być znacznie gorzej.
– Wspaniale – mruknęłam. – Cud będzie jak ci skóry nie wyżre.
– Co zaś? – popatrzyła na mnie nie rozumiejąc.
– Nic, nic. Teraz weźmiesz porządny prysznic, nasmarujesz się potem porządnie tym – podałam jej balsam Maki – włożysz… szatki – na krzesełku położyłam ubrania, która wzięłam spod drzwi – i przyjdziesz do kuchni. Dobrze?
– Mhm – kiwnęła pogodnie głową i dłonią klapnęła parę razy w pianę. – Ładnie pachnie – uśmiechnęła się promiennie.
– Tak. Zwłaszcza w praniu – mruknęłam pod nosem.
Przerażona wizją Helenki, której skóra złazi płatami, jak w amoku wylewam na nią hektolitry wody, gdy naraz usłyszałam jej nie pewny głos.
– Jakowyś dziwny dźwięk.
– To telefon – rzuciłam się do drzwi. – Wycieraj się! – krzyknęłam w galopie. – Halo! – wydyszałam do słuchawki…

Kraina Kolorow – Ksiega Nadziei

Iskry 1996

„Kraina Kolorów. Księga Nadziei” to powieść z elementami fantazy. Grupka dzieci z naszego świata przybywa do innego świata – Krainy Kolorów, w której panująca władczyni, ma możliwość nadawania kolorów wszystkim rzeczom. Kraina ta pełna jest magii, czarów i smoków. Zadaniem dzieci jest uratowanie Krainy, której grozi niebezpieczeństwo ze strony Pani Czarnej.


ROZDZIAŁ 8

Znowu zaszurały liście. Cała zamieniłam się w słuch. Cokolwiek by to nie było, na pewno miało kłopoty z oddychaniem. Szuranie ucichło, ale sapanie wzmogło się. Co to może być? Dzięcioł z katarem.
– Ach, ach to urocze – i kolejne sapanie.
– Kto tam jest? – szepnęłam cichutko i usiadłam w hamaku.
– A któż by? Ja – dotarła do mnie inteligentna odpowiedź.
– Pokaż się – poprosiłam.
Zaszurało, zasapało i usłyszałam:
– Nie, nie mogę. Jeszcze nie teraz. Jestem zmęczony podróżą, więc nie prezentuję się najlepiej… Może rano…
– Agata? Co się stało? – spytał Piotrek, stając niespostrzeżenie koło mnie z pojwasem w dłoni.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Jednak mnie jeszcze zauważa, troszczy się, martwi.
– Ktoś tam jest – odparłam zgodnie z prawdą. – Ale nie chce się pokazać.
– Chcę, chcę, ale nie mogę. Nie wyglądam najpiękniej…
– Ma katar – szepnęłam do Piotrka.
Liście zaszurały w gniewnej tonacji.
– Katar, katar? Też coś! Smoki nie miewają kataru.
I zaraz Piotrek zademonstrował mi przykład niestałości męskich uczuć. Zamiast otoczyć mnie opiekuńczym ramieniem, o mało mnie nie rozdeptał biegnąc w stronę głosu. Nona popatrzyła na nas i spytała, czy coś się stało. Piotrek wabiąc smoka ,,tiu, tiu’’, odkrzyknął, że tylko tak sobie rozmawiamy.
– Co jest? – sapnął Dętka stając przy nas.
– Smok na drzewie – odparł Piotrek. – Tiu, tiu – zaszemrał i zaraz zapytał cicho: – Co lubią smoki?
– Jak są głodne to wszystko. Prawie wszystko – usłyszeliśmy.
– Dajcie pospać – mruknęła Amata i naciągnęła na głowę koc.
– Chyba jednak wyjdę…
Szmaragdowy długi ogon, cztery krótkie szmaragdowe łapki ze szkarłatnymi błonami między pazurami, brzuch jak beczka, ozdobiony żółtawymi plamkami, długa szyja z purpurowym grzebieniem, przechodzącym aż na ogon, i mały łebek z trójkątnymi, sterczącymi uszkami, dużymi nozdrzami, granatowymi ślepiami i mnóstwem białych zębów w otwartej paszczy. Dwa, oliwkowego koloru błoniaste skrzydła. Całość robiła przyjemne wrażenie i była wielkości dwóch Psisk.
Wycieraczka uszczęśliwiony wymachiwał ogonem i raz za razem obwąchiwał smoka. W milczeniu chłonęliśmy to smocze zjawisko, które ustawiało się w różnych pozach.
– Mówiłem, że nie wyglądam najlepiej – powiedział smok, stając na przedniej łapie, unosząc pozostałe i zadzierając ogon do góry.
– Skąd się tu wziąłeś? – spytał Dętka, dotykając plamki na brzuchu kokieta.
Smok cichutko zarechotał i przewrócił się na grzbiet.
– Mam łaskotki – wychrypiał jakby w zawstydzeniu. Z godnością przeturlał się na brzuch i powiedział: – O, to długa historia. A wy kim jesteście?
– To też długa historia – odparłam i usiadłam na podłodze. Spojrzałam w stronę dorosłych. Nadal okupowali ławy. Gwalberd wymachiwał i coś mówił do Androna. Jakoś nie wyglądało, by się lubili z szafirowo-szarookim.
Smok usiadł naprzeciw nas i patrzył badawczo na nasze twarze. Wykrzywiał pysk, machnął ze dwa razy ogonem, a na koniec tych popisów oznajmił z pretensją w głosie, że jest głodny. Dętka ruszył w stronę dorosłych. Zaparkował na wprost noclegodajcy, pomasował sobie brzuch i jęknął, że jest głodny. Gwalberd bez słowa podał mu talerz z sucharami i drugi z owocami. Smok jadł aż miło.
– Smaczne to, owszem, ale nieco… monotonne. Szczególnie owoce. – Daję słowo, że skrzywił z niesmakiem pysk. – Wybaczcie – dorzucił szybko – ale jestem przyzwyczajony do innych potraw…
– Nie, własnym oczom nie wierzę! – usłyszałam pełen zdziwienia głos Achacego.
– Jestem smokiem purpurowogrzebieniastym – odparł zwierzak takim tonem, jakby to miało oznaczało coś specjalnego.
– Purpurowogrzebieniastym? – prychnął z niedowierzaniem Achacy.
Odebrał Piotrkowi pojwas i oświetlił smoka. Ten robił miny jak do zdjęcia.
– Ale przecież w Krainie Kolorów nie ma purpuraków. Jak tu się znalazłeś? – pytał podejrzliwie Achacy.
Smocza gadzina wyraźnie się zamieszała.
– Przyfrunąłem sobie – powiedział. – O, tak, przyfrunąłem! – krzyknął, położył się na boku, zamknął ślepia i już nie raczył odpowiadać na żadne pytania.
A było ich sporo. Bo podeszła do nas Nona, Andron i Gwalberd mrucząc pod nosem: ,,A cóż to za zielona pokraka?’’, i każde z nich chciało o coś smoka spytać. Szczególnie pilnował go Achacy, bo jak zrozumiałam, w Krainie Kolorów bywają jedynie smoki wielkości koparek (ślad, który wypatrzyła Amata) i z całą pewnością nie ma w śród nich purpurowogrzebieniastych i do tego mówiących.
A potem obudziła się Amata i najpierw na nas ryknęła, że nie dajemy spać, co i tak jest dużą sztuką biorąc pod uwagę fakt, że ten hamak jest gorszy od madejowego łoża, ale gdy zobaczyła Androna, uśmiechnęła się promienie i tłumiąc ziewanie popatrzyła z obrzydzeniem na leżącego w bezruchu smoka i powiedziała: ,,O, jaki śliczny zwierzaczek’’.
Zwierzaczek dzielnie udawał smoka głuchego, tak że w końcu wszyscy rozeszliśmy się do swoich hamaków. Nawet dorośli. Uznali, że już się nagadali. Owinęłam się pajęczyną i usiłowałam zasnąć. Ale to była trudna sztuka, bo do smoka zaczęły się podchody. Najpierw Piotrek z pojwasem, notatnikiem i metrem krawieckim (tylko podziwiać zacięcie naukowca). Ciągle powtarzał ,,tiu, tiu, tiu’’. Smok w ogóle nie reagował. Potem, gdy zniechęcony Piotrek wrócił do swojego hamaka, przyszedł Dętka. Też nic nie wskórał, a później zasnęłam.