Niezwykłe wakacje

Literatura 1995,1996, 1999

Literatura 2002

Literatura 2004

Literatura 2010

Koniec roku szkolnego już blisko. Wszystko wskazuje na to, że lato będzie całkiem zwyczajne. Piątka przyjaciół zamierza spędzić wakacje w swoim miasteczku. Czy nudne łowienie ryb w pobliskiej rzece może być początkiem fantastycznych wydarzeń? Bohaterowie przeżywają niesamowite przygody, odbywają przedziwne podróże w czasie i przestrzeni, są świadkami niecodziennych wypadków, poznają tajemnicę sprzed wieków…


ROZDZIAŁ 14

– Brr – wzdrygnęła się Agnieszka. – To było raczej nieprzyjemne – wzdrygnęła się ponownie i wcale nie kwapiła się do puszczenia mojej dłoni.
Było ciepło i, o ile mogłam dostrzec, zupełnie inaczej. Rzeczki nie widziałam ani nigdzie nie słyszałam jej pluskania. Ze wszystkich stron otaczały nas wysokie potężne drzewa.
– Tu nie ma naszej rzeki! – półgłosem podzieliłam się spostrzeżeniem z resztą i przysunęłam się do nich.
– Pewnie, że nie ma – odpowiedział zduszonym głosem Krzysiek. – Nie słyszałaś, że często zmienia swe koryto? Chciałem również zauważyć, że pora też się zmieniła… Jest chyba jesień – powiedział z miną znawcy.
– Mówiłam, że zimno – przypomniała Aga.
– A, który to ten nasz dąb? – zapytał niepewnie Michał, błyskając latarką po drzewach.
– Nie wiem, nie widzę – mrukną Kajtek, ale zaraz tajemniczo psyknął i szepnął – Ktoś tu idzie… albo coś.
– Niedźwiedź! – pisnęła Agnieszka. – Wtedy były niedźwiedzie. I wilki.
– Cicho nurkujemy tutaj – Michał wskazał na zarośla, które rosły za nami i zgasił latarkę.
Zaszyliśmy się po czubki głów, trzęsąc się z zimna i ze strachu. W szumie lasu można było wychwycić jeszcze jeden dźwięk, coś jakby powolne kroki. Słychać było trzeszczenie gałązek i szuranie zeschłych liści. Chwyciłam mocniej Agnieszkę za rękę i zamarłam w oczekiwaniu. Nie tylko ja. Prawie przestaliśmy z wrażenia oddychać. Kroki słychać było coraz wyraźniej… Ujrzeliśmy dwóch mężczyzn.
Każdy z nich trzymał pochodnie, a ten, który szedł jako drugi, niósł jakieś niewielkie zawiniątko. Wytężyłam wzrok i rozpoznałam skrzyneczkę… Naszą skrzyneczkę z dębu!
Mężczyźni nie wyglądali na młodych. Ich twarze zdobiły sumiaste wąsy. Ubrani byli tak jak na starych obrazach, z tym że strój młodszego był jednak bogatszy i bardziej wytworny.
– Przytrzymaj obie pochodnie – powiedział młodszy przystając niedaleko od naszej kryjówki.
– Oj, panie, a po co my tu przyszlim? – zagderał starszy odbierając posłusznie pochodnię. – We dworze ciepło, piwo grzane, a tu… – wzruszył ramionami – jeno drzewa, wiater i noc.
– Oj stary, stary – westchnął z kolei młodszy – jakby nie to, żeś ty mój konfident, trza by cię było do porządku przywołać.
– A prawda – zgodził się stary. – Jeno, że nie zrobicie tego, panie – zachichotał.
– Trzymaj! – powiedział stanowczo młodszy i schylił się do szkatułki, którą postawił na ziemi. Otworzył ją, błysnęły okucia. Następnie wyjął znany nam woreczek, a z niego zawinięty w rulon papier.
– A tera co znowu? – zapytał zdumiony stary i przysunął się o krok do swojego pana
– Cisza! – huknął młodszy, a w świetle pochodni zobaczyłam, że walczy z uśmiechem. – Toż ty rozpuściłeś się jak dziadowski bicz… Świeć.
Pod drzewami zapanowała cisza przerywana jedynie ciężkimi westchnięciami sługi. I zaraz szlachcic zaczął głośno i wyraźnie czytać:
-Ja, Kacper Krakowski, stojąc już u krańca mego grzesznego żywota na tym świecie, poczyniłem odpowiedni testament moją ostatnią wolę zawierający i rozporządzający moimi dobrami wszystkimi, a kartelusz ów, o którem wiem, że dla specjalnych osób przeznaczon, w owej skrzyneczce do dziupli składam… – Kacper przerwał, chrząknął, popatrzył na zastygłego w bezruchu sługę, uśmiechnął się smutno do niego i powrócił do czytania:- Jakem wspomniał w testamencie, o nożu owym, któren wspaniałe właściwości miał, a któren jak wierzę, jeno z Woli Bożej był w moim posiadaniu, po długim deliberowaniu poczyniłem z nim pewną inwencyję i tera chcę to jasno w onym karteluszu wyłożyć. Umyśliłem sobie coby w miarę moich skromnych talentów przebadać ów andżar. Dzięki pomocy Boskiej powiodło się i odkryłem, że to nie nóż, a jeno kamuszek niebieski, co w rękojeści cudownej roboty siedział, moc tajemną posiadał i andżar bez owego kamuszka niebieskiego owych cudów nie czynił. Dziwny to był kamuszek, ni to szkło, ni to kamień, jakowyś nieznany, rzadkiej materyi, a cieszący oko… – Kacper przerwał czytanie dla nabrania oddechu, a my popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem.- Pierwej to postponowałem, lubo gdy lat i rozumu przybyło, rozważyłem raz jeszcze, że człek opuścić musi ten ziemski padół ni syna, ni córki na nim  nie ostawiając… – Szlachcic ciężko westchnął, a sługa pokiwał głową i chyba chciał coś powiedzieć, ale pan spojrzał tak na niego, że tylko poprzestał na monotonnym kiwnięciu głową. – W testamencie rzekłem, jak naprawdę rzecz się miała z czarami moimi, nazywanymi przez innych konszachtami diabelskimi i coby moje imię pozostało czyste, na poparcie moich słów prawdziwości musiałem ostawić nóż, com nigdym się z nim nie rozstawał, a co wszyscy wiedzieli. Nikogo godnego owych właściwości cudownych nie znałem i dlategoż mały podstęp uczyniłem. W związku z zamysłem moim do złotnika najlepszego w kraju pojechałem, któren był mi polecony przez zacnych mych przyjaciół onegdaj poznanych na królewskim dworze, i zamówiłem kamień, któren wsadzon został w miejsce owego czarodziejskiego…
Potem było jeszcze parę zdań, ale nie zrozumiałam, bo służący zaniósł się kaszlem.
– Nóż ze zmienionym kamuszkiem ostawię swym spadkobiercą, a kamień czarodziejski z owym karteluszem, co wszystko wyjaśnia do dziupli tego dębu wiekowego skrywam – Kacper podniósł w jednej ręce kartelusz, a w drugiej…
Oblałam się zimnym potem. Ręka, w której trzymałam kamień była pusta!!! Nie mogłam wymówić ani słowa i dopiero po dłuższej chwili szepnęłam:
– Nie mam kamienia.
– Zgubiłaś? – zapytał szybko Krzyś.
– Nie! – szeptałam. – On zniknął… Ma go Kacper – zaczęłam płakać.
– Co ty opowiadasz za bzdury? – zdenerwował się Krzysiek. – Po prostu zgubiłaś kamyk… Musimy szukać.
– Kacper ma coś kamieniopodobnego w ręce… – powiedział z namysłem Kajtek, wpatrując się w mężczyzn.
– Bzdura. Bzdura – powtórzył twardo Krzysiek.
– Nie zgubiłam – wychlipałam – na pewno nie zgubiłam, on po prostu… zniknął.
– Zostaniemy tu teraz do końca życia – odezwał się naraz przerażająco spokojnym głosem Michał.
– Nie, nie! – krzyknęła histerycznie Agnieszka i złapała się za głowę. – Ja chcę do domu!
Mężczyźni stojący pod dębem popatrzyli w stronę naszych zarośli. Służący ze zdumieniem, a jakby z leciutkim uśmiechem. Kacper powolnym ruchem wyciągną przed siebie kamień… i znowu owiał nas chłód.